Partnerzy

Pośpiech

-Szybciej, chłopcy! - ponaglał nas Darnley. Ściągnęliśmy z sań derki oraz pojemniki z żywnością i wnieśliśmy do namiotu. - A teraz - komenderował porucznik - kładźcie się. Głowy nakryć kocami, nie wychodzić. Sam zasznurował wejściową płachtę. W namiocie zapanował mrok. Przestało mnie kłuć, ale duchota nie ustąpiła. I nie ustąpiło zmęczenie. Z westchnieniem ulgi rozciągnąłem się na derce, a drugą przykryłem się aż po czubek nosa. Podobnie postąpili moi towarzysze. Zapadła cisza i w tej ciszy zasnąłem. Połowę dnia i całą noc trwał mój sen. Nigdy jeszcze nie spałem tak długo, ale nie byłem wyjątkiem. Wszyscy spaliśmy do świtu następnego ranka, jak gdyby po zażyciu środka nasennego. Zbudził mnie gwar głosów i blask słońca wpadający przez wejściowy otwór. Zerwałem się, wyszedłem. Już dawno minął świt i zaczął się piękny, jasny dzień. Ani śladu duchoty, ani śladu czterech słońc. Psy powyłaziły ze swych nor i szczekaniem domagały się jedzenia. Z pakowaniem bagaży uwinęliśmy się dwa razy szybciej niż z ich rozładowaniem poprzedniego dnia.

Tajemnicze zjawiska .