Partnerzy

Po śniadaniu

Po śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Śnieg zapadał się pod nogami, psy poczęły grzęznąć w zaspach. Trzeba było przypiąć rakiety i torować im drogę. Ciężka to robota, jednak nikt nie narzekał. Następnego dnia przyroda zlitowała się nad nami. Słupek termometru opadł, śnieżna powłoka stężała i rakiety okazały się zbyteczne. Pominę dalsze szczegóły wędrówki, nie zasługują na uwagę. Któregoś ze słonecznych popołudni ujrzeliśmy wreszcie muliste, szare wody Athabasca. Dzień był mroźny i bezwietrzny, więc nawet najdrobniejsza fala nie pluskała przy płaskim brzegu. Jezioro nie cale zamarzło. Przy brzegach ciągnęło się pasmo pokruszonego lodu, lecz dalej bielały kawały kry, a za nimi błyszczące słońcem lustro wody. Na lewo od nas toczyła się pod zwałami śniegu rzeka MacFarlane. Kilkadziesiąt kroków w prawo, na obłym pagórku, wznosił się parterowy budynek z kominem na dachu i z czarną kitą dymu bijącą w niebo. Dobry znak, gospodarz jest na miejscu. Zza budynku, z zapamiętałym ujadaniem, wyskoczyło kilka psów t pognało ku naszym zaprzęgom.

Tajemnicze zjawiska .